//
you're reading...
ODCINKI LUDZKIEGO ISTNIENIA

/cz.9/-ODCINKI LUDZKIEGO ISTNIENIA (Alvin Toffler-Szok przyszłości)


Rozdzial 5

MIEJSCA — NOWI KOCZOWNICY

Kazdego piatku o czwartej trzydziesci po poludniu wysoki siwiejacy urzednik z Wall Street, nazwiskiem Bruce Robe, wrzuca do swojej czarnej skórzanej aktówki mase papierów, zdejmuje plaszcz z wieszaka stojacego w korytarzu biura i wychodzi. Od ponad trzech lat rytual sie powtarza. Najpierw zjezdza winda dwadziescia dziewiec pieter do poziomu ulicy. Potem przez dziesiec minut przeciska sie przez zatloczone ulice do przystanku helikopterów Wall Street. Tam wsiada do helikoptera, który w ciagu osmiu minut zawozi go na lotnisko imienia Johna F. Kennedy’ego. Przesiadlszy sie do odrzutowca linii TWA zasiada do kolacji, podczas gdy olbrzymi samolot leci nad Atlantykiem, a potem nad brzegami i wzgórzami — na zachód. Po godzinie i dziesieciu minutach (jesli nie ma opóznienia), zwawo wychodzi z budynku dworca lotniczego w Columbus w stanie Ohio i wsiada do czekajacego nan samochodu. Jeszcze trzydziesci minut jazdy i osiaga swój cel — jest w domu.Cztery noce w tygodniu Robe spedza w hotelu na Manhattanie. Pozostale trzy — z zona i dziecmi w odleglym o 500 mil Columbus. Chcac jak najlepiej polaczyc dwa calkowicie odmienne swiaty — prace we frenetycznej stolicy finansowej Ameryki i zycie rodzinne we wzglednie spokojnej okolicy Srodkowego Zachodu — Robe przemierza tam i z powrotem okolo 50 tysiecy mil rocznie.Jego przypadek jest niezwykly — ale niezupelnie. W Kalifornii wlasciciele farm kazdego ranka wsiadaja do samolotu i pokonuja przestrzen 120 mil od swych domów usytuowanych na wybrzezu Pacyfiku lub w dolinie San Bernardino, aby dostac sie do swoich gospodarstw znajdujacych sie w dolinie Imperial, wieczorem zas powracaja z powrotem do domu. Pewien nastolatek z Pensylwanii, syn wedrujacego inzyniera, regularnie lata odrzutowcem do lekarza ortodonty we Frankfurcie, w NRF. Filozof z uniwersytetu w Chicago, dr Richard McKe-on, przez caly semestr raz w tygodniu pokonywal 1000 mil w kazda strone, by prowadzic zajecia w kilku klasach w New School for Social Research w Nowym Jorku. Mlody mieszkaniec San Francisco i jego narzeczona z Honolulu co tydzien przemierzaja 2000 mil poprzez Pacyfik, po to by razem spedzic weekend, a wiadomo nam o co najmniej jednej matronie z Nowej Anglii regularnie latajacej do fryzjera w Nowym Jorku.Nigdy w historii odleglosc nie miala mniejszego znaczenia. Nigdy kontakty ludzkie z miejscem nie byly tak zwielokrotnione, kruche i przelotne. We wszystkich rozwinietych technologicznie spoleczenstwach — a zwlaszcza w tych, które scharakteryzowalem jako „ludzi przyszlosci” — dojezdzanie do pracy, podrózowanie i regularne zmiany miejsc pobytu calych rodzin staly sie druga natura czlowieka. Mówiac w przenosni „zuzywamy” miejsca i porzucamy je podobnie jak zuzywamy chusteczki do nosa Kleenex lub puszki z piwem. Jestesmy swiadkami historycznego procesu — zmniejszenia roli miejsca w zyciu czlowieka. Wychowujemy nowa rase koczowników i malo kto zdaje sobie dobrze sprawe, jak masowe, rozpowszechnione i istotne sa te migracje.

KLUB TRZYMILIONERÓW

Wedle Buokmi-nstera Fullera w 1914 roku typowy Amerykanin ogólem pokonywal przecietnie 1640 mil w ciagu roku. Z tego 1300 mil stanowily zwykle codzienne przechadzki pieszo tam i siam. Oznacza to, ze za pomoca koni zywych lub mechanicznych przemierzal on tylko 340 mil rocznie. Biorac cyfre 1640 za podstawe, mozna obliczyc, ze przecietny Amerykanin w owym czasie pokonywal lacznie 88 560 mil w ciagu zycia.2 Dzisiaj — dla kontrastu — przecietny amerykanski posiadacz samochodu przejezdza 10 000 mil rocznie, a zyje on przy tym dluzej niz jego ojciec czy dziadek. „Majac dzis 69 lat — pisal Fuller przed kilkoma laty — jestem jednym z kilku milionów ludzi, z których kazdy w ciagu zycia przemierzyl trzy miliony mil albo jeszcze wiecej.” Jest to ponad trzydziesci razy wiecej niz laczne podróze zyciowe Amerykanina z 1914 roku.Cyfry globalne sa oszalamiajace. I tak na przyklad w 1967 roku 108 000 000 Amerykanów odbylo 360 000 000 wycieczek z noclegiem w odleglosci ponad 100 mil od ich domów. Same te wycieczki daja 312 miliardów mil pokonanych przez pasazerów.Nawet jesli pominiemy cala flote pasazerskich samolotów odrzutowych, ciezarówek, samochodów, pociagów, elektrycznych kolei podziemnych itp. — nasze inwestycje spoleczne na cele ruchliwosci sa zadziwiajace. Dzien w dzien, przynajmniej w ciagu ostatnich dwudziestu lat, krajobraz amerykanski wzbogaca sie o ponad 200 mil asfaltowych szos i ulic. Lacznie daje to rocznie 75 000 mil nowych dróg i ulic, co wystarczyloby do trzykrotnego opasania kuli ziemskiej. Ludnosc Stanów Zjednoczonych wzrosla w ciagu ostatnich dwudziestu lat o 38,5 procenta — dlugosc dróg i ulic natomiast podskoczyla o 100 procent. Patrzac z innego punktu widzenia cyfry staja sie jeszcze bardziej wymowne — w ciagu ostatnich 25 lat ilosc pokonanych przez pasazerów mil w obrebie Stanów Zjednoczonych wzrastala w tempie szesciokrotnie szybszym niz ludnosc kraju.

Obliczenie to opiera sie na przyjeciu za przecietna dlugosc zycia 54 lata. W rzeczywistosci przecietna dlugosc zycia bialego mezczyzny w Stanach Zjednoczonych w 1920 roku wynosila 54,1 roku.

Ten rewolucyjny wzrost ruchliwosci jednostek w przestrzeni nastepuje w mniejszym lub wiekszym stopniu we wszystkich bardziej zaawansowanych technicznie krajach. Kazdy, kto widzial zatloczenie w godzinach szczytu na niegdys spokojnym Strandveg w Sztokholmie, musial byc wstrzasniety jego rozmiarami. W Rotterdamie i Amsterdamie ulice wybudowane piec lat temu juz dzis sa straszliwie zatloczone. Liczba samochodów wzrastala bowiem szybciej, niz ktokolwiek mógl wówczas to sobie wyobrazac.Obok wzrostu codziennej ruchliwosci miedzy czyims domem a róznymi miejscami polozonymi w poblizu nastapil równiez fenomenalny przyrost podrózy w celach handlowych lub wypoczynkowych, które wiaza sie z noclegiem z dala od domu. Blisko póltora miliona Niemców spedzi tego lata wakacje w Hiszpanii, a setki tysiecy innych zaludnia plaze w Holandii i we Wloszech. Szwecja co roku gosci ponad 1 200 000 przybyszów z krajów pozaskandynawskich. Kazdego roku ponad milion obcokrajowców przyjezdza do Stanów Zjednoczonych, a blisko 4 000 000 Amerykanów udaje sie za ocean. Ma racje publicysta „Le Figaro” mówiac o „gigantycznej wymianie ludzi”.Ten szybki przeplyw ludzi tam i z powrotem przez powierzchnie ziemi (a czasem pod nia) jest jedna z cech charakterystycznych spoleczenstwa superprzemyslowego. Odwrotnie kraje przedprze-myslowe — wydaja sie one zastygle, zamrozone, a ich mieszkancy sa gleboko przywiazani do jednego miejsca. Specjalista od transportu Wilfred Owen mówi o „przepasci miedzy ruchliwymi i nieruchliwymi narodami”. Wskazuje on, ze kraje Ameryki Lacinskiej, Afryki i Azji musialyby wybudowac okolo 40 milionów mil dróg, by uzyskac taka liczbe dróg na 100 kilometrów kwadratowych, jaka obecnie posiadaja kraje Wspólnego Rynku. Kontrast ten ma glebokie konsekwencje ekonomiczne. Ma takze subtelne, czesto niepostrzegane nastepstwa kulturowe i psychologiczne. Wedrownicy, podróznicy i koczownicy nie sa bowiem takimi samymi ludzmi jak ci, którzy nie ruszaja sie z miejsca.

FLAMENCO W SZWECJI

Prawdopodobnie najbardziej znaczacym psychologicznie rodzajem ruchliwosci jednostki jest geograficzne przemieszczenie jej domu. Takze i ta wyrazista forma ruchliwosci geograficznej jest uderzajaca w Stanach Zjednoczonych ,i innych krajach rozwinietych. Peter Drucker powiedzial o Stanach Zjednoczonych: „Ostatnia migracja w naszej historii rozpoczela sie podczas drugiej wojny swiatowej i trwa nadal z nie malejacym nasileniem.” Mysliciel polityczny Daniel Elazar opisuje ogromne masy Amerykanów, którzy „zaczeli przenosic sie z miejsca na miejsce w ramach kolejnych pasów [miejskich]… zachowujac koczowniczy sposób zycia miejskiego — jest ono miejskie, ale bez stalego przywiazania do jakiegokolwiek konkretnego miasta…”W ciagu tylko jednego roku — od marca 1967 do marca 1968 — 36 600 000 Amerykanów (nie liczac dzieci ponizej roku zycia) zmienilo swoje miejsce zamieszkania. Stanowi to wiecej niz laczna liczba ludnosci Ghany, Gwatemali, Hondurasu, Iraku, Izraela, Kambodzy, Mongolii, Nikaragui i Tunezji. Jest to wiec tak, jak gdyby cala ludnosc wszystkich krajów zostala nagle przeniesiona z miejsca na miejsce. Ruch w tak ogromnej skali odbywa sie kazdego roku w Stanach Zjednoczonych. Rokrocznie od 1948 roku co piaty Amerykanin zmienial adres, zabierajac ze soba dzieci oraz czesc dobytku gospodarskiego i zaczynal zycie od nowa na innym miejscu. W swietle porównan statystycznych nawet wielkie migracje historyczne: hordy mongolskie czy ruch Europejczyków na pólkule zachodnia w dziewietnastym wieku — wydaja sie niczym.Chociaz nigdzie na swiecie nie mozna prawdopodobnie spotkac tak wielkiej ruchliwosci geograficznej jak w Stanach Zjednoczonych (niestety dostepne statystyki nie sa dokladne) — to jednak nawet w bardziej tradycjonalnych krajach rozwinietych wiekowe wiezy miedzy czlowiekiem a miejscem ulegaja wstrzasom. I tak „New Society”, publikowane w Londynie pismo poswiecone naukom spolecznym, stwierdza: „Anglicy sa bardziej ruchliwa rasa, niz im sie to zapewne wydaje… w 1961 roku ponad 11 procent wszystkich mieszkanców Anglii i Walii przebywalo w swych aktualnych miejscach zamieszkania krócej niz rok… W rzeczywistosci okazuje sie, ze w niektórych czesciach Anglii ruchy migracyjne nie daja sie okreslic inaczej niz jako f renety czne. Ponad 25 procent mieszkanców dzielnicy Kensington zajmowalo swe domy krócej niz rok, w Hampstead — 20 procent, a w Chelsea — 19 procent.” W innym numerze tego samego periodyku Anne Lapping pisze: „nowi wlasciciele domów przewiduja duzo czestsze zmiany mieszkania niz ich rodzice. Przecietna hipoteka trwa osiem do dziewieciu lat…” Tylko nieznacznie rózni sie to od sytuacji w Stanach Zjednoczonych.We Francji staly brak mieszkan przyczynia sie do ograniczenia wewnetrznej ruchliwosci, ale nawet tam — jak wykazaly badania przeprowadzone przez demografa Guya Pourchera — co roku 8 do 10 procent Francuzów zmienia mieszkanie.W Szwecji, NRF, we Wloszech i w Holandii tempo migracji wewnetrznych wzrasta. Cala Europa przezywa ponadto fale masowych migracji miedzynarodowych podobnych jedynie do wstrzasów podczas drugiej wojny swiatowej. Prosperity ekonomiczne w pólnocnej Europie spowodowalo powszechny brak sily roboczej (z wyjatkiem Wielkiej Brytanii) i przyciagnelo masy bezrobotnych robotników z róznych krajów sródziemnomorskich i Bliskiego Wschodu.Naplywaja oni tysiacami z Algierii, Hiszpanii, Portugalii, Jugoslawii i Turcji. Kazdego piatkowego popoludnia tysiac robotników tureckich wdrapuje sie w Istambule do pociagu odjezdzajacego na pólnoc — ku ziemi obiecanej. Dla wielu z nich punktem przeznaczenia stal sie przepastny dworzec kolejowy w Monachium, co doprowadzilo do tego, ze wychodzi tam obecnie specjalna gazeta w jezyku tureckim. W Kolonii w wielkiej fabryce Forda 25 procent robotników stanowia Turcy. Inni cudzoziemcy rozsypali sie po Szwajcarii, Francji, Anglii, Danii, a nawet po pólnocnej Szwecji. Niedawno w dwunastowiecznym miescie Pangbourne w Anglii obslugiwal nas z zona hiszpanski kelner. W Sztokholmie natomiast poszlismy do restauracji „Vivel” bedacej punktem spotkan mieszkajacych tam Hiszpanów spragnionych muzyki flamenco przy kolacji. Nie bylo tam w ogóle Szwedów, z wyjatkiem nas i kilku Algierczyków wszyscy mówili po hiszpansku. Nie bylo wiec zadnym zaskoczeniem, gdy dowiedzialem sie, ze szwedzcy socjologowie sa obecnie rozognieni dyskusja, czy nalezy asymilowac robotników cudzoziemskich do kultury szwedzkiej, czy tez zachecac ich do utrzymywania wlasnych tradycji kulturowych — dokladnie takie same argumenty „tygla” ekscytowaly amerykanskich myslicieli spolecznych podczas wielkiego okresu otwartej imigracji do Stanów Zjednoczonych.

MIGRACJA W PRZYSZLOSC

Istnieja jednakze istotne róznice miedzy gatunkiem ludzi, którzy znajduja sie w ciaglym ruchu w Stanach Zjednoczonych, a tymi, którzy sa wciagnieci w migracje europejskie. W Europie wieksza czesc nowej ruchliwosci mozna przypisac ciaglemu procesowi przechodzenia z rolnictwa do przemyslu, z przeszlosci do terazniejszosci. Jak dotychczas jedynie niewielka czesc wiaze sie z przejsciem od industrializmu do spoleczenstwa superprzemyslo-wego. W Stanach Zjednoczonych natomiast stale zmiany populacyjne juz nie sa powodowane w glównej mierze przez spadek zatrudnienia w rolnictwie. Zmiany te narastaja w wyniku rozpowszechniania sie automatyzacji oraz nowego stylu zycia wlasciwego dla spoleczenstwa superprzemyslowego stylu zycia przyszlosci.Stanie sie to jasne, jesli zbadamy, kto wykazuje sie najwieksza ruchliwoscia w Stanach Zjednoczonych. Jest prawda, ze niektóre zacofane i uposledzone grupy, takie np. jak Murzyni miejscy, charakteryzuja sie wysokim stopniem ruchliwosci geograficznej zazwyczaj w ramach tej samej okolicy lub hrabstwa. Grupy te stanowia jednak wzglednie nieznaczny fragment calej ludnosci kraju i byloby wielkim bledem zakladac, ze wysoki stopien ruchliwosci geograficznej wiaze sie tylko z ubóstwem, bezrobociem i brakiem wyksztalcenia. W rzeczywistosci okazuje sie, ze ludzie posiadajacy za soba przynajmniej jeden rok college’u (a grupa ta stale wzrasta) przenosza sie wiecej i dalej niz ludzie bez wyzszego wyksztalcenia. Okazuje sie wiec, ze reprezentanci wolnych zawodów i technicy sa najbardziej ruchliwymi Amerykanami. Takze coraz wiecej zamoznych urzedników na kierowniczych stanowiskach przenosi sie daleko i czesto. (Wsród u-rzedników korporacji International Business Machine kursuje zart, ze skrót IBM znaczy „Zostalem przeniesiony” — angielskie „I’ve Been Moved’\) W powstajacym spoleczenstwie superprzemyslo-wym wlasnie te grupy — reprezentanci wolnych zawodów, technicy i menadzerowie — szybko rosna, zarówno w swej liczbie absolutnej, jak i w proporcji do calej sily roboczej. Nadaja oni takze calemu spoleczenstwu charakterystyczny posmak, podobnie jak ubrany w drelich robotnik fabryczny w przeszlosci.Tak samo jak w Europie miliony nekanych glodem i bezrobotnych robotników rolnych uciekaja z rolniczej przeszlosci w przemyslowa terazniejszosc, tysiace europejskich naukowców, techników i inzynierów naplywaja do Stanów Zjednoczonych i Kanady — najbardziej superprzemy slowy eh krajów. Profesor zachodnioniemiecki Rudolf Mossbau-er, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, o-swiadczyl, ze mysli o przeniesieniu sie do Ameryki, poniewaz nie odpowiada mu polityka administracyjna i budzetowa wlasnego kraju. Zaniepokojeni „luka technologiczna” politycy europejscy bezradnie patrzyli jak Westinghouse, Allied Chemical, Douglas Aircraft, General Dynamics i inne wielkie korporacje amerykanskie wysylaja do Londynu czy Sztokholmu lowców talentów przywabiajacych kazdego — od astrofizyków po inzynierów turbinowych.Istnieje jednak równoczesny „drenaz mózgów” w samych Stanach Zjednoczonych, gdzie setki tysiecy naukowców i inzynierów przemieszczaja sie z miejsca na miejsce jak elementy atomu. W rzeczywistosci ruchliwosc ta postepuje wedlug pewnych dobrze rozpoznanych wzorców. Dwa glówne strumienie, jeden z pólnocy, a drugi z poludnia, lacza sie ze soba w Kalifornii i innych stanach na wybrzezu Pacyfiku, majac posredni przystanek w Denver. Inny wielki strumien plynie z poludnia do Chicago i Cambridge, Princeton i Long Island. W przeciwnym kierunku plynie strumien niosacy ludzi z powrotem — do zakladów kosmicznych i elektronicznych na Florydzie.Typowy, znany mi mlody inzynier kosmiczny porzuca swe zajecia w RCA w Princeton i idzie do pracy w General Electric. Sprzedaje dom, który nabyl dopiero dwa lata temu. Przenosi sie z rodzina do wynajetego domu pod Filadelfia, podczas gdy nowy dom sie buduje. Przeprowadza sie do niego — czwartego domu w ciagu okolo 5 lat — o ile oczywiscie nie zostanie przeniesiony lub nie otrzyma lepszej propozycji gdzie indziej. A przez caly czas wabiaco kiwa na niego Kalifornia.Nie istnieja tak oczywiste wzorce geograficzne ruchu menadzerów, ale ich przeplyw jest jeszcze wiekszy. Dziesiec lat temu William Whyte tak pisal w ksiazce The Organization Man („Czlowiek organizacji”): „W spoleczenstwie amerykanskim czlowiek, który opuszcza dom, nie jest wyjatkiem, lecz kluczem do tego spoleczenstwa. Niemal z samej definicji czlowiek organizacji to czlowiek, który porzucil dom i… stale wedruje.” Jego charakterystyka, sluszna juz wówczas, jest jeszcze prawdziwsza obecnie. „Wall Street Journal” w artykule zatytulowanym „Jak rodziny urzedników dostosowuja sie do bezustannych wedrówek po kraju” mówi o „korporacyjnych cyganach”. Autor opisuje zycie M.E. Jacobsona, urzednika w firmie handlowej Montgomery Ward (posiadajacej filie w calym kraju). On i jego zona — oboje czterdziestoszescioletni w chwili, gdy artykul sie ukazal — przenosili sie 28 razy podczas 26 lat malzenstwa. „Czuje sie prawie tak, jakbysmy stale jezdzili po kempingach” — mówi gosciom pani Jacobson. Chociaz przypadek ten nie jest typowy, tysiace podobnych do nich ludzi przenosi sie przecietnie raz na dwa lata, a ich liczba wzrasta. Dzieje sie tak nie tylko dlatego, ze potrzeby korporacji ulegaja stalym zmianom, ale takze dlatego, ze najwyzsi kierownicy uznaja czeste przenosiny za niezbedny szczebel treningu ich potencjalnych nastepców.Ten ruch urzedników z domu do domu, jak gdyby byli oni wielkimi figurami na szachownicy o rozmiarach kontynentu, sklonil jednego z psychologów do wysuniecia zartobliwej propozycji stworzenia systemu oszczednosciowego nazywanego „Modularna rodzina”. Wedlug tego schematu urzednik nie tylko zostawialby swój dom, ale równiez swoja rodzine. Przedsiebiorstwo znajdowaloby mu w nowym miejscu odpowiednia rodzine (cechy osobowosciowe bylyby starannie dobierane, tak aby pokrywac sie z cechami zony i dzieci pozostawionych daleko). Jakis inny wedrowny urzednik ^wchodzilby” do pozostawionej przezen rodziny. Jak dotad, nikt nie potraktowal tego pomyslu powaznie.Oprócz wielkich grup ludzi wolnych zawodów, techników i urzedników, którzy biora udzial w ciaglej wymianie domów, w spoleczenstwie istnieje jeszcze wiele innych wyjatkowo ruchliwych grup. Wielki establishment militarny sklada sie z dziesiatek tysiecy rodzin, które zarówno w czasie wojny, jak i pokoju przenosza sie bez konca. „Nie urzadzam wiecej zadnego domu — skarzyla sie zona pulkownika z ironia w glosie. — Zaslony z jednego domu nie pasuja do nastepnego, a dywany zawsze maja zle wymiary i kolory. Od tej chwili zajmuje sie urzadzaniem samochodu.” Strumien ten poszerzaja setki tysiecy wykwalifikowanych robotników budowlanych. Na innym szczeblu znajduje sie ponad 750 000 studentów, którzy przebywaja na uczelniach znajdujacych sie poza ich rodzinnym stanem, oraz setki tysiecy innych, którzy ucza sie poza domem, choc we wlasnym stanie. Dla milionów, a zwlaszcza dla „ludzi przyszlosci”, dom jest tam, gdzie go znajda.

SAMOBÓJCY I AUTOSTOPOWICZE

Tak olbrzymi przeplyw istot ludzkich wywoluje róznorodne, choc rzadko zauwazane, efekty uboczne. Przedsiebiorstwa, które wysylaja towary bezposrednio do domów klientów, wydaja niezliczone sumy dolarów na stale aktualizowanie swych list adresowych. To samo dotyczy przedsiebiorstw telefonicznych. Sposród 885 000 pozycji w waszyngtonskiej ksiazce telefonicznej w 1969 roku ponad polowa byla inna niz rok przedtem. Podobnie rózne organizacje i stowarzyszenia miewaja trudnosci z odnalezieniem swych czlonków. Tylko podczas ubieglego roku az jedna trzecia czlonków Krajowe-wego Towarzystwa Programowanego Nauczania bedacego organizacja badaczy w dziedzinie edukacji zmienila swoje adresy. Nawet przyjaciele miewaja trudnosci z odszukaniem wzajemnych miejsc pobytu. Mozna sympatyzowac z lamentami biednego ksiecia Lanfranco Rasponi, który narzekal, ze podróze i ruch zniszczyly „towarzystwo”. Nie ma juz wiecej sezonu towarzyskiego — powiada Rasponi — poniewaz nikogo nigdzie nie ma w tym samym czasie, oprócz oczywiscie ludzi, którzy sie nie licza. Poczciwemu ksieciu przypisuje sie slowa: „Dawniej, jesli chciales miec na kolacji dwudziestu gosci, musiales zaprosic czterdziestu — dzis powinienes zaprosic 200.”Mimo takich niedogodnosci obalenie tyranii geograficznej otwiera nowe formy wolnosci, które okazuja sie ozywcze dla milionów ludzi. Szybkosc, ruch, a nawet przeprowadzka — slowa te dla wielu maja pozytywna konotacje. Z tej tez przyczyny Amerykanie i Europejczycy maja silne przywiazanie psychologiczne do samochodu, który jest technologicznym wcieleniem wolnosci przestrzennej. Badacz motywacji Ernest Dichter powtarzal bez zenady rozpowszechnione nonsensy freudowskie, ale chyba nie byl w bledzie, gdy pisal, ze samochód jest „najpotezniejszym sposobem zyskania poczucia sily” dostepnym dla przecietnego czlowieka Zachodu. „Samochód stal sie wspólczesnym symbolem inicjacji. Prawo jazdy jest dla szesnastolatka dowodem dopuszczenia do spoleczenstwa doroslych.” „W bogatych spoleczenstwach — pisze Dichter — wiekszosc ludzi ma dosc jedzenia i wzglednie przyzwoicie mieszka. Zaspokoiwszy te tysiacletnie marzenia ludzkosci obecnie siegaja oni po dalsze satysfakcje. Chca podrózowac, odkrywac i byc przynajmniej psychicznie niezaleznymi. Samochód jest ruchomym symbolem ruchliwosci…” W istocie, ostatnia rzecza, jakiej chce sie wyzbyc rodzina znajdujaca sie w klopotach finansowych, jest samochód, a najwieksza kara, jaka moze wyznaczyc amerykanski ojciec kilkunastoletniemu synowi, to „uziemic” go, czyli zabronic mu korzystania z samochodu.Mlode dziewczyny w Stanach Zjednoczonych na pytanie, co uwazaja za wazne u chlopca, odpowiadaja — samochód. 67 procent ankietowanych w ostatnich badaniach opinii publicznej uznalo, ze samochód jest „istotny”, a Alfred Uranga, dziewietnastoletni chlopak z Albuquerque w Nowym Meksyku wyznaje posepnie: „Jesli chlopak nie ma samochodu, nie ma dziewczyny.” Tragiczna ilustracja tego, jak gleboka jest pasja mlodziezy do samochodu bylo samobójstwo siedemnastoletniego Williama Nebela z Wisconsin. Zostal on „uziemiony” przez ojca, kiedy zabrano mu prawo jazdy za przekroczenie szybkosci. Zanim strzelil sobie w glowe, napisal list, który konczyl sie slowami: „Bez prawa jazdy nie mam samochodu, pracy ani zycia towarzyskiego. Mysle wiec, ze lepiej juz skonczyc z tym wszystkim.”! Jasne jest, ze miliony mlodych ludzi w technicznym swiecie zgadzaja sie ze slowami poety Marinettiego, który ponad pól wieku temu wykrzykiwal: „Ryczacy automobil wyscigowy…. jest piekniejszy niz Skrzydlate Zwyciestwo.”Wolnosc od stalej pozycji spolecznej wiaze sie tak scisle z wolnoscia od stalego miejsca geograficznego, ze przeprowadzka jest pierwsza mysla czlowieka superprzemyslowego, który czuje sie scisniety socjalnie. Pomysl taki rzadko przychodzi do glowy chlopu wychowanemu we wlasnej wiosce lub górnikowi harujacemu w czarnej otchlani. „Migracja rozwiazuje wiele problemów. Jedz! Podrózuj!” — powiedzial jeden z moich studentów i wyruszyl przylaczyc sie do Korpusu Pokoju. Jednakze ruch stal sie pozytywna wartoscia sama w sobie, potwierdzeniem wolnosci, a nie tylko reakcja na zewnetrzne naciski lub ucieczke od nich. Czasopismo „Redbook” zapytalo 539 prenumerujacych, „dlaczego sie przeprowadzili w ciagu ostatniego roku?” Obok takich powodów jak „rodzina zbytnio sie powiekszyla jak na stary dom” czy „przyjemniejsza okolica”, pelne dziesiec procent stwierdzilo, „po prostu chcialem zmiany”.Jaskrawym przejawem tego pedu do ruchliwosci sa kobiety-autostopowiczki, które zaczynaja stanowic odrebna i warta uwagi kategorie socjologiczna. I tak mloda Angielka z katolickiej rodziny porzuca swoja prace w dziale reklamy pewnego tygodnika i wyjezdza z przyjaciólka, z która chce dojechac autostopem do Turcji. W Hamburgu dziewczeta sie rozdzielaja. Jackie plynie na wyspy greckie, dojezdza do Istambulu i po dluzszym czasie wraca do Anglii, gdzie podejmuje prace w innym tygodniku. Pozostaje tam tylko do czasu, gdy zbierze pieniadze na nastepna podróz. Po jej odbyciu wraca i pracuje jako kelnerka, odrzuca awans na hostesse mówiac: „Nie zamierzam zbyt dlugo byc w Anglii.” W wieku dwudziestu trzech lat Jackie jest zagorzala autostopowiczka niestrudzenie przemierzajaca cala Europe z pistoletem gazowym w plecaku. Wraca do Anglii na szesc do osmiu miesiecy, a potem zaczyna od nowa. Dwudziestoosmioletnia Ruth zyla w ten sposób przez cale lata, a jej najdluzszy pobyt w jednym miejscu trwal trzy lata. Powiada ona, ze autostop jako sposób zycia jest fajny, gdyz pozwala spotykac ludzi „nie angazujac sie zanadto”.Zwlaszcza kilkunastoletnie dziewczeta — byc moze chcac uciec od restrykcji srodowiska domowego — sa zagorzalymi entuzjastkami podrózy. I tak np. badania wsród czytelniczek czasopisma „Se-venteen” wykazaly, ze 40,2 procent sposród nich odbylo jedna lub wiecej powazniejszych podrózy w ciagu lata poprzedzajacego ankiete. 69 procent tych podrózy prowadzilo poza granice rodzinnego stanu, a 9 procent — za granice kraju. Ale chetka do podrózy pojawia sie w duzo mlodszym wieku. I tak gdy Beth, córka nowojorskiego psychiatry, dowiedziala sie, ze jej przyjaciólka odwiedzila Europe, zareagowala z placzem: „Mam juz dziewiec lat i nigdy jeszcze nie bylam w Europie!”Ten pozytywny stosunek do ruchu znajduje wyraz w badaniach wykazujacych, ze Amerykanie maja sklonnosc do podziwiania podrózników. I tak naukowcy z Uniwersytetu Michigan podaja, ze respondenci czesto okreslaja podrózników slowem „szczesliwy” lub „radosny”. Podróze podwyzszaja status spoleczny i to tlumaczy, dlaczego tak wielu Amerykanów pozostawia przy swoich walizkach wywieszki lotnicze dlugo po powrocie do domu. Pewien zartownis sugerowal, ze ktos móglby otworzyc przedsiebiorstwo prania i prasowania starych wywieszek lotniczych dla ludzi pragnacych utrzymac swój status podróznika.Z drugiej jednak strony przenosiny calego gospodarstwa domowego spotykaja sie raczej z wyrazami wspólczucia niz z gratulacjami. Kazdy wyglasza rytualne uwagi o klopotach przeprowadzki. Jest jednak faktem, ze ci, którzy choc raz sie przeprowadzali, sa duzo bardziej sklonni do dalszych przeprowadzek niz ci, którzy nie zrobili tego ani razu. Socjolog francuski Alain Touraine tlumaczy to tym, ze „dokonawszy juz jednej zmiany sa oni mniej zwiazani ze spolecznoscia i bardziej sklonni przeprowadzic sie ponownie…” Natomiast R. Clark, urzednik brytyjskich zwiazków zawodowych, powiedzial niedawno na miedzynarodowej konferencji robotniczej, ze ruchliwosci mozna równie dobrze nabyc w latach studenckich. Podkreslil on, ze ludzie, którzy spedzili lata na uczelni z dala od domu, maja duzo mniej ograniczony zasieg ruchu niz nie-wyksztalceni i bardziej zwiazani z domem robotnicy fizyczni. Absolwenci uczelni nie tylko sami ruszaja sie wiecej w wieku doroslym, ale takze przekazuja swym dzieciom poglady sprzyjajace ruchliwosci. O ile dla wielu rodzin robotniczych przeprowadzka jest dolegliwa koniecznoscia, konsekwencja bezrobocia lub innych trudnosci, o tyle dla czlonków srednich i wyzszych klas wiaze sie ona najczesciej z powiekszeniem i rozszerzeniem uroków zycia. Dla nich podróz jest powodem do radosci, a wyjazd zazwyczaj oznacza awans.Krótko mówiac, w krajach przechodzacych do epoki superprzemyslowej wsród ludzi przyszlosci ruch jest sposobem zycia, uwolnieniem od ograniczen i wiezów przeszlosci, krokiem w jeszcze bardziej dostatnia przyszlosc.

ZALOBNI PODRÓZNICY

Calkowicie odmienne poglady wyrazaja „nieruchliwi”. To nie tylko mieszkancy rolniczych wiosek w Indiach czy Iranie pozostaja przywiazani do jednego miejsca przez wieksza czesc zycia lub nawet przez cale zycie. To samo odnosi sie do milionów robotników, zwlaszcza pracujacych w zacofanych galeziach przemyslu. Szybki postep techniczny w krajach gospodarczo rozwinietych powoduje, ze niemal z dnia na dzien starzeja sie jedne galezie przemyslu i wyrastaja nowe. W tej sytuacji miliony niewykwalifikowanych i niskokwalifikowanych robotników czuja sie zmuszone do przeprowadzki. Gospodarka wymaga ruchliwosci i wiekszosc rzadów zachodnich — zwlaszcza w Szwecji, Norwegii, Danii i Stanach Zjednoczonych — wydaje znaczne kwoty w celu zachecenia robotników do przekwalifikowania sie do nowej pracy oraz do opuszczenia swych domów w poszukiwaniu tej pracy. Dla górników w Appalachach czy wlókniarzy na prowincji francuskiej okazuje sie to jednak straszliwie bolesne. Nawet dla robotników wielkomiejskich wysiedlonych w zwiazku z przebudowa miasta i przeniesionych calkiem blisko ich dotychczasowych domów, zmiana czesto jest bolesna.Dr Marc Fried z Osrodka Badan Miejskich w Massachusetts General Hospital stwierdza: „Ich reakcje dosc dokladnie okresla slowo zal. Wyraza sie to w uczuciu bolesnej straty, ciaglej tesknoty, w ogólnym nastroju depresji, czestych symptomach psychologicznego, spolecznego lub somatycznego wyczerpania… W poczuciu beznadziejnosci, w przypadkowych przejawach bezposredniej lub tez blizej nie okreslonej zlosci oraz w tendencji do idealizowania utraconego miejsca.” Reakcje te — powiada dr Fried — sa „uderzajaco podobne do zaloby po stracie bliskiej osoby”.Moniaue Viot, socjolog z francuskiego Ministerstwa Spraw Socjalnych, mówi, ze „Francuzi sa bardzo przywiazani do swego geograficznego dziedzictwa. Niechetnie, niezwykle niechetnie przenosza sie oni do pracy polozonej nawet trzydziesci do czterdziestu kilometrów od ich miejsca pobytu. Zwiazki zawodowe okreslaja takie przenosiny jako «deportacje».”Nawet niektórzy wyksztalceni i zamozni ludzie wykazuja przejawy depresji, gdy sa zmuszeni do przeprowadzki. Pisarz Clifton Fadiman, opowiadajac o swojej przeprowadzce ze spokojnego miasteczka w stanie Connecticut do Los Angeles, stwierdza, ze po krótkim czasie zostal „powalony przez straszliwa serie dziwnych dolegliwosci fizycznych i psychicznych… Po szesciu miesiacach moje zdrowie wrócilo do normy. Neurolog… okreslil moje dolegliwosci jako «szok kulturowy*…” Przeprowadzka bowiem, nawet w najdogodniejszych okolicznosciach pociaga za soba trudnosci psychologicznego dostosowania sie.W slynnym studium na temat przedmiescia kanadyjskiego nazwanego Crestwood Heights socjologowie J.R. Seeley, R.A. Sim i E.W. Loosley stwierdzili: „Szybkosc, z jaka zmiany musza nastapic, oraz zakres ich penetracji, jezeli chodzi o osobowosc, sa tak wielkie, ze wymagaja maksymalnej elastycznosci zachowania i jednoczesnej stabilnosci osobowosci. Trzeba stosunkowo nagle przeksztalcic zasób pojec, czasem sposób mówienia, zwyczaje w dziedzinie odzywiania i gusty estetyczne — a wszystko to przy braku nieomylnych wskazówek co do tego, jak nalezy sie zachowac.”Sposób, w jaki ludzie przystosowuja sie do nowej sytuacji, zostal opisany przez psychiatre Jamesa . S. Tyhursta z University of British Columbia: I „Badajac ludzi, którzy dokonali migracji, mozna okreslic wzglednie jednolity wzorzec. Na poczatku czlowiek jest zajety bezposrednia terazniejszoscia — próbami znalezienia pracy, zarobienia pieniedzy, znalezienia dachu nad glowa. Towarzyszy temu czesto niepokój i wzrost aktywnosci psychomotorycznej…” \Wraz ze wzrostem poczucia obcosci i niedostosowania w nowym srodowisku zaczyna sie druga faza — „przybycia psychologicznego”. „Jej cechy to: rosnacy niepokój i depresja, wzrastajace zaabsorbowanie samym soba, czesto z symptomami somatycznego przemeczenia, ogólne wycofanie sie ze spoleczenstwa jaskrawo odbiegajace od poprzedniej aktywnosci oraz pewien stopien wrogosci i podejrzliwosci. Poczucie róznicy i beznadziejnosci staje sie coraz silniejsze, a okres ten charakteryzuje sie wyraznie zlym samopoczuciem i podnieceniem. Ten okres wiekszych lub mniejszych dolegliwosci moze trwac… od jednego do kilku miesiecy.”Dopiero potem zaczyna sie trzecia faza. Przybiera ona forme wzglednego przystosowania do nowych warunków i osadzenia sie w nich. W wyjatkowych wypadkach natomiast moze nastapic „rozwój powazniejszych dolegliwosci, znajdujacy wyraz w jeszcze silniejszym rozstroju nerwowym, rozwoju nienormalnych czynnosci psychicznych oraz utracie kontaktu z rzeczywistoscia”. Krótko mówiac, niektórzy ludzie nigdy nie moga dostosowac sie w wystarczajacym stopniu.

INSTYNKT DOMOWY

A nawet ci, którym sie to udaje, nie sa juz tacy sami jak przedtem. Kazda bowiem przeprowadzka z koniecznosci niszczy skomplikowana siec starych stosunków i kontaktów i tworzy nowa. Wlasnie to zerwanie stosunków — zwlaszcza gdy powtarza sie wiecej niz raz — rodzi „utrate zaangazowania”, która zauwazylo wieku autorów wsród ludzi o wysokiej ruchliwosci. Czlowiek w ruchu zazwyczaj zbytnio sie spieszy, by w jakimkolwiek miejscu glebiej zapuscic korzenie. I tak np. przytacza sie slowa urzednika lotniczego, który unika zaangazowania w zyciu politycznym swojej spolecznosci, poniewaz „za kilka lat nie bede nawet tu mieszkal. Posadzisz drzewo i nigdy nie zobaczysz, jak rosnie.” To niezaangazowanie lub — w najlepszym przypadku — ograniczone uczestnictwo bylo ostro krytykowane jako zagrozenie tradycyjnego idealu powszechnej demokracji. Jednakze krytycy ci nie zwracali na ogól uwagi na niezwykle istotna sprawe, a mianowicie mozliwosc, ze ci, którzy odmawiaja glebszego zaangazowania w problemy spolecznosci, moga wykazywac wieksza odpowiedzialnosc moralna od lych, którzy angazuja sie, a nastepnie wyjezdzaja. „Podróznicy” popieraja podwyzszenie podatków, ale unikaja poniesienia kosztów, poniewaz nie ma ich juz na miejscu. Pomagaja obalic projekt pomocy finansowej dla szkól, ale konsekwencje takiego postepowania beda ponosily cudze dzieci. Czy nie jest sluszniejsze i bardziej odpowiedzialne, gdy ktos z góry wylaczy sie z zycia publicznego? Jesli ktos wycofa sie z uczestnictwa w zyciu publicznym, odmawiajac przylaczenia sie do organizacji, nie chcac nawiazywac scislych zwiazków z sasiadami, krótko mówiac odmówi zaangazowania — jakie bedzie to mialo nastepstwa dla spolecznosci i dla samej jednostki? Czy jednostki i spoleczenstwo moga przetrwac bez zaangazowania? Zaangazowanie przybiera rózne formy. Jedna z nich jest przywiazanie do miejsca. Mozemy zrozumiec znaczenie ruchliwosci tylko wówczas, jesli wpierw zrozumiemy centralna pozycje niezmiennego miejsca w strukturze psychologicznej tradycyjnego czlowieka. Ta centralna pozycja znajduje odzwierciedlenie w wielu przejawach naszej kultury. W istocie cywilizacja zaczela sie wraz z rolnictwem — co oznaczalo osiedlenie sie, a przynajmniej koniec posepnych wedrówek i migracji paleolitycznych nomadów. Samo slowo „zakorzenienie”, do którego przywiazujemy dzis tak wielka waga, jest zaczerpniete z rolniczego slownika. Przedcywilizacyjny koczownik przysluchujac sie rozmowie na temat „korzeni” z trudnoscia rozumialby samo to pojecie.Z pojecia tego korzysta sie na okreslenie stalego miejsca, na trwale zakotwiczonego „ogniska domowego”. W brutalnym, glodnym i niebezpiecznym Swiecie dom — nawet jesli byla to tylko rudera — byl uwazany za miejsce ostatecznego schronienia, zakorzeniony w ziemi, przekazywany z pokolenia na pokolenie i wiazacy czlowieka zarówno z natura, jak i z przeszloscia. Nieruchomosc domu byla uznawana za oczywista. Literatura obfituje w pelne czci wzmianki o znaczeniu domu. „Seek home for rest, For home is best” (Wszedzie dobrze, ale w domu najlepiej) — pisal w szesnastym wieku Thomas Tusser w podreczniku zatytulowanym Instructions to Housewifery (Porady dla gospodyni domowej). W calej naszej kulturze istnieja dziesiatki przykladów na to, co ktos — ryzykujac okropny kalambur — móglby okreslic mianem „choroby domowej”. „Mój dom jest moim zamkiem…”, „Dobrze wszedy, lepiej doma nizli kedy”, „Dom, slodki dom…” Przeslodzona gloryfikacja domu osiagnela swój szczyt najprawdopodobniej w dziewietnastowiecznej Anglii, dokladnie w tym czasie, gdy industrializacja wysiedlala wiesniaków przeksztalcajac ich w masy miejskie. Thomas Hood, poeta biedaków, mówil, ze „serca wszystkich szepcza: Dom, nareszcie Dom…” W swiecie wprawionym w wir przez rewolucje przemyslowa, w którym n i e wszystko bylo „uporzadkowane”, dom byl kotwica, nieruchomym punktem podczas sztormu. Przynajmniej na dom mozna bylo liczyc, ze bedzie stal na swoim miejscu. Niestety, byla to poezja, a nie rzeczywistosc, i nie mogla ona powstrzymac sil, które mialy zerwac zwiazki ludzi ze stalym miejscem pobytu.

SMIERC GEOGRAFII

Dawniejszy koczownik szedl w zadymce i w spiekocie, zawsze poganiany glodem, ale wiódl z soba namiot niesiony przez bawolu, swoja rodzine oraz reszte swojego plemienia. Niósl z soba cala swoja sytuacje spoleczna, a czesto równiez strukture fizyczna, która nazywal domem. Dzisiejsi nowi koczownicy — przeciwnie — pozostawiaja swa budowle fizyczna za soba. (Staje sie ona pierwsza pozycja w spisie wykazujacym tempo przeplywu rzeczy przez ich zycie.) Pozostawiaja poza soba wszystko oprócz najblizszego im ukladu spolecznego, czyli rodziny.Spadek znaczenia miejsca, zmniejszenie przywiazania do niego, przejawia sie w niezliczonych formach. Ostatnim tego przykladem byla decyzja stowarzyszenia uczelni amerykanskich (tzw. Ivy Lea-gue) postulujaca zmniejszenie nacisku na czynniki geograficzne przy przyjmowaniu studentów. Te elitarne uczelnie tradycyjnie stosowaly wobec kandydatów kryteria geograficzne, wyraznie faworyzujace chlopców pochodzacych z domów polozonych daleko od uczelni; chcialy w ten sposób zgromadzic wysoce zróznicowana grupe studentów. I tak na przyklad od lat trzydziestych do piecdziesiatych w Harvardzie odsetek studentów pochodzacych z Nowej Anglii i Nowego Jorku zmniejszyl sie o polowe. Dzisiaj — jak powiedzial jeden z urzedników uniwersytetu, ,,odchodzimy od tej dystrybucji geograficznej”.Uznaje sie bowiem, ze miejsce nie jest juz glównym zródlem zróznicowania. Róznice miedzy ludzmi nie sa tez scisle zwiazane z pochodzeniem geograficznym. W kazdym przeciez wypadku adres na podaniu o przyjecie na uczelnie moze byc czysto przejsciowy. Wielu ludzi juz nie przebywa wystarczajaco dlugo w jednym miejscu, by nabrac charakterystycznych cech regionalnych lub lokalnych. Dziekan wydzialu przyjec w Yale Universi-ty mówi: „Oczywiscie wciaz wysylamy ludzi rekrutujacych studentów z odleglych miejsc, takich np. jak Nevada, ale w rzeczywistosci osiagniemy równie wielka róznorodnosc, jesli ograniczymy sie do Harlemu, Park Avenue i Queens.” Wedlug tego urzednika Yale calkowicie zrezygnowalo juz z geografii jako elementu odgrywajacego role przy selekcji kandydatów. A jego odpowiednik z Princeton mówi: „W istocie nie idzie nam o miejsce, z którego pochodza kandydaci, ale o jakies poczucie odrebnego dziedzictwa (którego poszukujemy).”Ruchliwosc tak dokumentnie przemieszala wszystko, ze istotne róznice miedzy ludzmi przestaly byc scisle zwiazane z miejscem. Wedlug profesora Johna Dyckmana z University of Pennsylvania przywiazanie do miejsca zmniejszylo sie tak dalece, iz lojalnosc wobec miasta czy stanu jest obecnie duzo slabsza niz lojalnosc wobec korporacji, wykonywanego zawodu czy dobrowolnego stowarzyszenia. Mozna zatem powiedziec, ze przywiazanie odchodzi od struktur spolecznych opartych na miejscu (miasto, stan, kraj, sasiedztwo), do takich, które same przez sie sa ruchome, plynne i z czysto praktycznych wzgledów nie maja wlasnego miejsca (korporacje, zawód, przyjaznie itp.).Jednakze przywiazanie zdaje sie byc zwiazane z czasem trwania kontaktu. Bedac wyposazeni w uwarunkowany kulturowo zbiór przypuszczen co do czasu trwania stosunków, nauczylismy sie angazowac emocjonalnie w te, które wydaja nam sie „stale” lub wzglednie dlugotrwale, i mozliwie maksymalnie unikac emocji w przypadku kontaktów krótkotrwalych. Oczywiscie istnieja wyjatki — jednym z nich moze byc krótki romans wczasowy. Ogólnie jednak rzecz biorac, w stosunku do szerokiego zestawu kontaktów zaleznosc ta okazuje sie prawidlowa. Tak wiec spadek przywiazania do miejsca nie jest rezultatem ruchliwosci samej przez sie, ale jednego z elementów towarzyszacych ruchliwosci — krótszego okresu trwania kontaktów z miejscem.I tak na przyklad w siedemdziesieciu wielkich miastach amerykanskich wlaczajac w to Nowy Jork, przecietna dlugosc zajmowania jednego miejsca zamieszkania nie przekracza czterech lat. Stoi to w jaskrawej sprzecznosci z trwajacym cale zycie pobytem w jednym miejscu charakterystycznym dla mieszkanców wsi. Co wiecej, przeprowadzka ma decydujace znaczenie dla trwalosci kontaktów z wieloma innymi miejscami, totez gdy ktos likwiduje kontakt z domem, zazwyczaj likwiduje takze kontakty z wszelkiego rodzaju „satelitarnymi” miejscami w sasiedztwie. Zmienia swój supermarket, stacje benzynowa, przystanek autobusowy i fryzjera, skracajac w ten sposób wraz z kontaktem z domem kontakty z wieloma innymi miejscami. Tak wiec znajdujac sie w stalym ruchu nie tylko doswiadczamy w ciagu zycia wiekszej ilosci miejsc, ale zazwyczaj takze przez coraz krótszy okres utrzymujemy kontakt z kazdym konkretnym miejscem.W ten sposób zaczynamy jasniej dostrzegac, w jaki sposób przyspieszone tempo zycia w spoleczenstwie wplywa na jednostke. Skrócenie kontaktów ludzkich z miejscem dokladnie bowiem pokrywa sie ze skróceniem kontaktów z rzeczami. W obu przypadkach jednostka musi coraz szybciej nawiazywac i zrywac swoje zwiazki. W obu przypadkach wzrasta stopien przejsciowosci. W obu przypadkach czlowiek doswiadcza przyspieszonego tempa zycia.

Rozdzial 6

LUDZIE: CZLOWIEK MODULARNY

Kazdej wiosny na calym wschodzie Stanów Zjednoczonych rozpoczyna sie olbrzymia migracja przypominajaca wedrówke lemingów. Pojedynczo i grupami, obladowani spiworami, kocami i strojami kapielowymi — okolo 15 tys. studentów amerykanskich, odlozywszy na bok podreczniki, podaza za slepym instynktem, prowadzacym ich ku zalanym sloncem wybrzezom Fort Lauderdale na Florydzie. Tam przez blisko tydzien owa rojna, tloczaca sie masa wyznawców slonca i seksu plywa, spi, flirtuje, zlopie piwo, wrzeszczy, wyleguje sie na piasku. W koncu dziewczeta w bikini i ich opaleni na braz wielbiciele pakuja swoje manatki i wlaczaja sie w masowy exodus. Kazdy, kto znajdzie sie w poblizu pakamery ustawionej przez uzdrowisko na powitanie tej rozwrzeszczanej gawiedzi, moze teraz uslyszec przez glosniki: „Samochód z dwiema osobami moze kogos zabrac az do Atlanty…”, „Szukam samochodu do Waszyngtonu…” „O dziesiatej odjezdzam do Louisville…”. Po kilku godzinach po wielkim „plazowo-pijackim party” nie pozostaje sladu, z wyjatkiem walajacych sie po piasku niedopalków i puszek po piwie oraz okolo póltora miliona dolarów w kasach miejscowych kupców uznajacych te doroczna inwazje za skazone blogoslawienstwo zagrazajace moralnosci publicznej, ale jednoczesnie powiekszajace prywatne zyski. Mlodych ludzi przyciaga tutaj cos wiecej niz tylko nieodparte uwielbienie kapieli slonecznych. Nie jest to takze seks, równie dobrze osiagalny w wielu innych miejscowosciach. Raczej idzie tu o poczucie wolnosci bez odpowiedzialnosci. Jak oswiadczyla pewna dziewietnastoletnia studentka z Nowego Jorku, która ostatnio wziela udzial w tej imprezie: „Nie martwisz sie tym, co tutaj robisz i mówisz, poniewaz — prawde mówiac — nigdy wiecej nie spotkasz juz tych ludzi.”Ceremonial z Fort Lauderdale stwarza mozliwosc krótkotrwalego zgromadzenia ludzi pozwalajacego na wielka róznorodnosc przelotnych stosunków miedzyludzkich. I wlasnie ta przelotnosc coraz bardziej charakteryzuje stosunki miedzyludzkie, w miare jak coraz glebiej wkraczamy w epoke superprzemyslowa. Nie tylko bowiem przedmioty i miejsca coraz szybciej przeplywaja przez nasze zycie, ale takze i ludzie.

KOSZT „ZAANGAZOWANIA*

Urbanizacja — sposób zycia mieszkanców miast — byla przedmiotem zainteresowan socjologii od poczatku stulecia. Max Weber zwrócil uwage na oczywisty fakt, ze ludzie w miescie nie moga znac wszystkich swoich sasiadów tak dokladnie jak to bylo mozliwe w malych spoleczenstwach. Georg Simmel rozwinal te mysl o krok dalej piszac dosc ciekawie, zef gdyby mieszkaniec miasta reagowal emocjonalnie na kazda napotkana osobe lub zaprzatal sobie umysl informacjami o niej, uleglby „kompletnej atomizacji wewnetrznej i popadlby w trudny do wyobrazenia stan psychiczny”.Louis Wirth z kolei zwrócil uwage na fragmentaryczny charakter stosunków miejskich. „Charakterystyczne, ze mieszkancy miast spotykaja sie ze soba w bardzo wycinkowych rolach — pisal. — Ich zaleznosc od innych ogranicza sie do bardzo ulamkowych aspektów dzialalnosci innych ludzi.” Nie angazujemy sie gleboko w cala osobowosc kazdej napotkanej jednostki — wyjasnial Wirth — lecz z koniecznosci utrzymujemy powierzchowne i czesciowe kontakty z niektórymi sposród nich. Interesuje nas jedynie skutecznosc, z jaka sprzedawca obuwia zaspokaja nasze potrzeby, nie interesuje nas natomiast wcale to, ze jego zona jest alkoholiczka.Oznacza to, ze z wiekszoscia otaczajacych nas ludzi zawieramy stosunki charakteryzujace sie ograniczonym zaangazowaniem. Swiadomie czy nie, z wiekszoscia ludzi zawieramy stosunki o charakterze funkcjonalnym. Dopóki nie angazujemy sie w domowe klopoty sprzedawcy obuwia, w jego nadzieje, pragnienia, frustracje — jest on dla nas calkowicie wymienialny z kazdym innym sprzedawca o równych kompetencjach. W efekcie stosujemy zasade modularna do stosunków miedzyludzkich. Stworzylismy wymienialna osobe: C? to wieka Modularnego.Zamiast wiazac sie z calym czlowiekiem, laczymy sie z jakims elementem jego osobowcsei. Kazda osobowosc mozna sobie wyobrazic jako niepowtarzalna konfiguracje tysiecy takich elementów. Tak wiec zadnego czlowieka nie mozna w calosci wymienic na innego. Ale pewne elementy — mozna. \ Poniewaz chcemy kupic tylko pare butów, a nie przyjazn, milosc czy nienawisc sprzedawcy, nie mamy potrzeby stykac sie ani angazowac z pozostalymi elementami, które skladaja sie na jego o-sobowosc. Nasze stosunki sa bezpiecznie ograniczone. Po obu stronach istnieje ograniczona odpowiedzialnosc. Stosunki sprowadzaja sie do pewnych uznanych form zachowania i komunikowania sie. Obie strony uznaja — swiadomie czy w inny sposób — wzajemne ograniczenia i prawa. Trudnosci powstaja dopiero wówczas, gdy jedna lub druga strona przekroczy milczaco uznane granice i spróbuje nawiazac kontakt z jakims elementem nie zwiazanym z funkcja, o która chodzi.Istnieje juz obszerna literatura socjologiczna i psychologiczna poswiecona alienacji, która ma rzekomo wynikac z tej fragmentaryzacji stosunków. Znaczna czesc retoryki egzystencjalistycznej oraz rewolta studencka potepiaja te fragmentarycznosc. Powiada sie, ze nie „angazujemy sie” wystarczajaco w naszych bliznich. Miliony mlodych ludzi poszukuje „calkowitego zaangazowania”.Zanim jednak zgodzimy sie z powszechnym przekonaniem, ze modularyzacja niesie tylko negatywne efekty, warto nieco dokladniej przyjrzec sie tej kwestii. Teolog Harvey Cox wtórujac Simmelowi, zwrócil uwage, ze w srodowisku miejskim próba calkowitego „zaangazowania sie” w kazdego czlowieka moglaby doprowadzic tylko do samozniszczenia i pustki emocjonalnej.f „Czlowiek miejski — pisze Cox — musi nawiazywac mniej lub bardziej bezosobowe stosunki z wiekszoscia napotkanych ludzi wlasnie po to, by móc wybrac sobie takie przyjaznie, które bedzie chcial podtrzymywac i rozwijac… Jego zycie jest jak punkt lezacy na drodze dziesiatków systemów i setek ludzi. Zdolnosc poznania lepiej niektórych sposród nich wymaga minimalizowania scislosci stosunków z wieloma innymi/ Wysluchiwanie plotek listonosza jest dla czlowieka miejskiego aktem czystej grzecznosci, poniewaz najprawdopodobniej nie jest on zainteresowany ludzmi, o których listonosz chce mówic.”Co wiecej, zanim zaczniemy narzekac na modula-ryzm, warto zapytac samych siebie, czy rzeczywiscie wolelibysmy powrócic do dawnych warunków, w których czlowiek wiazal sie raczej z cala osobowoscia kilku ludzi niz z wybranymi elementami wielu osobowosci. Tradycyjny czlowiek byl tak sentymentalny, tak do przesytu romantyczny, ze czesto nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji takiego powrotu. Ci sami autorzy, którzy narzekaja na fragmentaryzacje, domagaja sie jednoczesnie wolnosci — zapominaja oni jednak o niewoli ludzi zwiazanych z soba calosciowymi stosunkami. Kazdy bowiem stosunek pociaga za soba wzajemne zadania i oczekiwania. Im bardziej intymny stosunek, tym wieksze naciski wywieraja na siebie strony, by spelnic te oczekiwania. Im scislejszy i pelniejszy jest stosunek; inaczej mówiac, im wiecej elementów wchodzi w gre — tym liczniejsze wysuwamy zadania.W przypadku stosunku modularnego zadania sa scisle ograniczone. Dopóki sprzedawca butów dobrze realizuje wobec nas swoje raczej ograniczone uslugi, spelniajac w ten sposób nasze równie ograniczone oczekiwania — nie naciskamy na to, by wierzyl w Boga, byl schludny w domu, podzielal nasze poglady polityczne oraz lubil te same potrawy oraz taka sama muzyke jak my. Pozostawiamy mu swobode we wszystkich pozostalych kwestiach, podobnie jak on pozostawia nam swobode bycia ateistami lub Zydami, heteroseksualistami lub homoseksualistami, zwolennikami Johna Birchera lub komunistami. Nie jest tak i nie moze tak byc w przypadku stosunków calosciowych. Do pewnego stopnia fragmentaryzacja i wolnosc ida w parze.Kazdy z nas zdaje sie potrzebowac pewnych stosunków calosciowych w zyciu. Ale ubolewanie nad faktem, ze nie mozemy miec wylacznie takich stosunków, byloby nonsensem. Przedkladanie zas spoleczenstwa, w którym jednostka posiadala holistyczne stosunki z kilkoma osobami, nad takie, w którym posiada ona modularne stosunki z wieloma ludzmi, jest równoznaczne z pragnieniem powrotu do niewoli przeszlosci. Do przeszlosci, kiedy to jednostki byly scislej zwiazane ze soba, ale byly one zarazem duzo bardziej rygorystycznie ograniczone przez konwencje spoleczne, zwyczaje seksualne oraz przymusy polityczne i religijne.Nie oznacza to, ze stosunki modularne nie zawieraja jakiegokolwiek ryzyka albo ze tworza najlepszy z mozliwych swiatów. W sytuacji tej kryja sie w gruncie rzeczy bardzo powazne niebezpieczenstwa, co postaramy sie pózniej wykazac. Jednakze, jak dotad, wszelkie publiczne i specjalistyczne dyskusje na ten temat mijaly sie z celem, gdyz nie uwzglednialy podstawowego wymiaru wszelkich stosunków miedzyludzkich czasu ich trwania.

TRWANIE STOSUNKÓW MIEDZYLUDZKICH

Tacy socjologowie jak Wirth napomykali o przelotnym charakterze zwiazków miedzyludzkich w miejskim spoleczenstwie, ale nie podejmowali systematycznych wysilków, by powiazac problem krótszego czasu trwania kontaktów miedzyludzkich ze skracaniem sie kontaktów innego rodzaju. Nie próbowali takze udowodnic konsekwentnego skracania sie czasu ich trwania. Dopóki nie zbadamy przelotnego charakteru zwiazków miedzyludzkich, nigdy nie zdolamy zrozumiec pedu do epoki super-przemyslowej.Przede wszystkim zmniejszanie sie przecietnego czasu trwania stosunków miedzyludzkich jest najprawdopodobniej rezultatem zwiekszenia liczby tych stosunków. Przecietny dzisiejszy mieszkaniec miasta prawdopodobnie w ciagu tygodnia nawiazuje kontakty z wieksza liczba ludzi niz mieszkaniec wsi w epoce feudalnej w ciagu roku, a moze nawet calego zycia. Wsród zwiazków wiesniaka z innymi ludzmi z pewnoscia znajdowaly sie takze jakies kontakty przelotne, ale wiekszosc jego znajomych stanowili ci sami ludzie przez cale zycie. Mieszkaniec miasta moze takze dysponowac grupa ludzi, z która wspóldziala przez dlugi okres, ale styka sie on równiez z setkami, a moze tysiacami jednostek, które moze spotkac tylko raz lub dwa, po czym roeplyna sie one w morzu anonimowosci.Do stosunków miedzyludzkich — podobnie jak do wszelkich innych stosunków — wszyscy podchodzimy ze zbiorem wbudowanych w nas przewidywan co do czasu ich trwania. Spodziewamy sie, ze pewne stosunki beda trwaly dluzej niz inne. W istocie, stosunki z innymi ludzmi mozna podzielic wedlug kryterium przewidywanego czasu ich trwania. Oczywiscie beda tu wystepowac róznice uwarunkowane kulturowo lub uzaleznione od poszczególnych jednostek. Niemniej jednak wsród duzych grup ludnosci spoleczenstw rozwinietych technologicznie typowy moze byc nastepujacy porzadek:Stosunki dlugotrwale. Spodziewamy sie, ze zwiazki z najblizsza rodzina i w nieco mniejszym stopniu z innymi krewnymi beda trwaly przez cale zycie tych osób. Nadzieje te bynajmniej nie zawsze sa spelnione, co wykazuje rosnaca liczba rozwodów i zrywanych wiezi rodzinnych. Mimo to wciaz jeszcze, przynajmniej teoretycznie, zawieramy malzenstwa, na „dopóki smierc nas nie rozlaczy”, a idealem spolecznym sa stosunki utrzymujace sie przez cale zycie. Jest dyskusyjne, czy oczekiwania te sa wlasciwe i realistyczne w spoleczenstwie charakteryzujacym sie wysokim stopniem przelotnosci. Pozostaje jednak faktem, ze oczekujemy, iz zwiazki rodzinne, jesli nie beda trwac przez cale zycie, beda przynajmniej dlugotrwale, a osobe zrywajaca takie zwiazki obarcza sie wina.Stosunki o srednim czasie trwania. Do tej kategorii mozna zaliczyc cztery rodzaje stosunków. Ogólnie mówiac, w kolejnosci malejacych oczekiwan co do czasu trwania, sa to stosunki z przyjaciólmi, sasiadami, kolegami z pracy oraz wspólczlonkami organizacji koscielnych, klubów i innych dobrowolnych stowarzyszen.Tradycyjnie przypuszcza sie, ze przyjazn powinna trwac, jesli nie calkiem, to prawie tak dlugo jak wiezy rodzinne. Kultura przypisuje duza wartosc „starym przyjazniom”, a porzucenie przyjaciela spotyka sie z nagana. Jednakze jeden typ przyjazni, a mianowicie bliska znajomosc, jest uwazany za mniej trwaly.Stosunki sasiedzkie nie sa juz uznawane za dlugotrwale zaangazowanie — zbyt wielkie jest bowiem tempo przemieszczen geograficznych. Oczekuje sie, ze beda one sie utrzymywac dopóki jednostka bedzie pozostawac w jednym miejscu, a okres ten na ogól ciagle maleje. Zerwanie z sasiadami moze pociagac za soba pewne trudnosci, ale na ogól nie spotyka sie z powazna dezaprobata.Stosunki kolezenskie w pracy czesto pokrywaja sie z przyjaznia, a rzadziej — ze stosunkami sasiedzkimi. Tradycyjnie — zwlaszcza wsród urzedników, przedstawicieli wolnych zawodów oraz techników — oczekuje sie, ze stosunki nawiazane w pracy beda trwaly wzglednie dlugo. Jednakze i to oczekiwanie jak sie okaze ulega szybkim zmianom.Stosunki oparte na wspólnym czlonkostwie w organizacjach koscielnych lub swieckich, partiach politycznych itp. czasem przeradzaja sie w przyjazn, ale dopóki to nie nastapi, tego rodzaju indywidualne zwiazki sa uznawane za mniej trwale niz przyjazn, stosunki sasiedzkie czy tez kolezenskie.Stosunki krótkotrwale. Do kategorii tej nalezy wiekszosc, choc nie wszystkie, stosunków w dziedzinie uslug. Obejmuja one sprzedawców, dostawców, pracowników stacji benzynowej, mleczarzy, fryzjerów itp. Ich przeplyw jest stosunkowo szybki i nikt nie ma za zle komus, kto zrywa stosunek tego rodzaju. Do wyjatków w tym schemacie uslugowym naleza przedstawiciele wolnych zawodów, tacy jak lekarze, prawnicy i ksiegowi oczekuje sie, ze stosunki z nimi beda trwaly przez dluzszy okres.Trudno powiedziec, by podzial ten byl bezwzglednie scisly. Wiekszosc z nas moze przytoczyc przyklady stosunków „uslugowych”, które trwaly dluzej niz niektóre przyjaznie lub stosunki kolezenskie czy sasiedzkie. Co wiecej, kazdy z nas moze wskazac szereg dlugotrwalych kontaktów w swoim zyciu — mozliwe, ze chodzilismy przez cale lata do tego samego lekarza lub utrzymywalismy wyjatkowo scisle zwiazki z kolega z uczelni. Przypadki takie wcale nie sa niezwykle, ale ich liczba w naszym zyciu jest wzglednie niska. Sa one podobne do kwiatów o dlugich lodygach, wyrastajacych sposród trawy, której kazde zdzblo symbolizuje stosunek krótkoterminowy, kontakt przelotny. To wlasnie sama trwalosc takich zwiazków sprawia, ze zwracamy na nie uwage. Takie wyjatki nie podwazaja reguly. Nie zmieniaja one podstawowego faktu, ze — w ciaglym ruchu — przecietny czas trwania stosunków miedzyludzkich w naszym zyciu ulega ciaglemu zmniejszeniu.

POSPIKSZNE POWITANIA

Postepy urbanizacji sa tylko jednym z powodów rosnacej „chwilowosci” stosunków miedzyludzkich. Jak juz stwierdzilismy wczesniej, urbanizacja zbliza do siebie wielkie masy ludzkie, zwiekszajac w ten sposób liczbe nawiazywanych kontaktów. Proces ten poglebia opisany w poprzednim rozdziale wzrost ruchliwosci geograficznej. Ruchliwosc geograficzna przyspiesza nie tylko przeplyw miejsc, ale takze i ludzi przez nasze zycie.Coraz czestsze podróze pociagaja za soba szybki wzrost liczby przelotnych, przypadkowych kontaktów ze wspólpasazerami, pracownikami hoteli, taksówkarzami, ludzmi dokonujacymi rezerwacji biletów lotniczych, portierami, pokojówkami, kelnerami, kolegami i przyjaciólmi przyjaciól, celnikami, agentami biur podrózy i niezliczonymi innymi ludzmi. Im wieksza jest ruchliwosc jednostki, tym wiecej krótkich spotkan twarza w twarz, kontaktów miedzyludzkich, z których kazdy jest stosunkiem przelotnym, fragmentarycznym, a przede wszystkim sciesnionym w czasie. (Kontakty takie wydaja nam sie naturalne i nieistotne. Tylko z rzadka zastanawiamy sie, jak niewielu z 66 miliardów naszych poprzedników na ziemskim padole doswiadczalo kiedykolwiek tak wysokiego stopnia, przelotnosci w swych stosunkach miedzyludzkich.)Nie tylko podróze zwiekszaja liczbe kontaktów, szczególnie z ludzmi swiadczacymi takie czy inne uslugi. Równiez przeprowadzki zwiekszaja przeplyw ludzi przez nasze zycie. Przenosiny powoduja zerwanie stosunków niemal we wszystkich kategoriach. Mlody inzynier, specjalista od lodzi podwodnych, który zostal przeniesiony z pracy w stoczni marynarki wojennej w Mare Island w Kalifornii do zakladów w Newport News w stanie Virginia, zabiera ze soba tylko najblizsza rodzine. Zostawia za soba rodziców i tesciów, sasiadów, ludzi swiadczacych uslugi i zajmujacych sie handlem, kolegów z pracy i wiele innych osób. Zrywa dawne zwiazki. Osiedlajac sie w nowej spolecznosci on, jego zona i dzieci musza podjac na nowo caly szereg (znowu krótkotrwalych) stosunków.Pewna mloda zona, która przezyla jedenascie przeprowadzek w ciagu ostatnich siedemnastu lat, tak opisuje ten proces: „Gdy mieszka sie w jakims miejscu, obserwuje sie serie zachodzacych tam zmian. Pewnego dnia nowy listonosz przynosi poczte. Kilka tygodni pózniej z supermarketu znika kasjerka i nowa dziewczyna zajmuje jej miejsce. Nastepnie dowiadujesz sie, ze mechanika w stacji benzynowej zastapil ktos nowy. Tymczasem sasiad z naprzeciwka wyprowadzil sie, a na jego miejsce wprowadzila sie nowa rodzina. Zmiany te nastepuja przez caly czas, ale sa one stopniowe. Kiedy jednak sami sie przeprowadzamy, zrywamy wszelkie wiezy naraz i musimy zaczynac wszystko od poczatku. Trzeba znalezc nowego pediatre, nowego dentyste, nowego mechanika samochodowego, który nie bedzie oszukiwal; zrywa sie tez ze wszystkimi organizacjami i wszystko to trzeba zaczynac od nowa.” Wlasnie to równoczesne zerwanie wszystkich istniejacych stosunków sprawia, ze przeprowadzka dla wielu osób jest bardzo dolegliwa psychicznie.Oczywiscie, im czesciej powtarza sie ten cykl w zyciu jednostki, tym krótszy czas trwania poszczególnych stosunków. Wsród wielu znaczacych grup ludnosci proces ten przebiega obecnie tak gwaltownie, ze zmienia drastycznie tradycyjne poglady na temat czasu trwania stosunków miedzyludzkich. W sprawozdaniu zamieszczonym w „The New York Times” czytamy: „Wczoraj wieczorem na coctail-party na Frogtown Road rozmawiano o tym, jak dlugo obecni na party mieszkaja w New Canaan. Nikt sie nie zdziwil, gdy okazalo sie, ze najdluzej mieszkajace w tej miejscowosci malzenstwo przebywa tam dopiero piec lat.” W czasach kiedy ruchliwosc ludzi byla mniejsza, stanowilo to okres czasu niezbedny, aby rodzina przelamala lody w przystosowaniu sie do nowej spolecznosci, i nic ponadto. Tyle bylo potrzeba, aby zostac „zaakceptowanym”. Dzisiaj okres przystosowania musi byc powaznie skrócony.Tak wiec w wielu amerykanskich dzielnicach podmiejskich mozemy spotkac komercjalny „wóz powitalny”, swiadczacy uslugi przyspieszajace ten proces — wprowadza on nowo przybylych do glównych sklepów i agencji uslugowych w nowej miejscowosci. Platny pracownik „wozu powitalnego” — najczesciej pani w srednim wieku — sklada wizyte przybyszom, odpowiada na pytania dotyczace nowej spolecznosci oraz zostawia im broszury, a czasem bony, za które moga odebrac tanie podarki w miejscowych sklepach. Jednakze integrujacy wplyw „wozów powitalnych” jest powierzchowny, poniewaz dotyczy tylko stosunków w kategorii uslug, a faktycznie stanowi niewiele wiecej jak tylko forme reklamy.Czesto jednak proces nawiazywania wiezów z nowym otoczeniem i znajomymi jest calkiem skutecznie przyspieszany dzieki obecnosci ludzi — zazwyczaj rozwiedzionych lub starych panien — którzy spelniaja role nieformalnego „integratora” w spolecznosci. Ludzi takich mozna spotkac na wielu przedmiesciach i w dzielnicach mieszkalnych. Role ich opisal socjolog miasta Robert Gutman z Rutgers University, który stwierdzil, ze chociaz „integra-torka” sama znajduje sie czesto poza glównym nurtem zycia towarzyskiego w spolecznosci, czerpie ona przyjemnosc ze spelniania roli „pomostu” dla nowo przybylych. Przejmuje ona inicjatywe, zapraszajac ich na zebrania i inne zgromadzenia. Przybyszom mile pochlebia, ze „zasiedzialy” mieszkaniec — w wielu miejscowosciach „zasiedzialy” znaczy mieszkajacy od dwu lat — ma ochote ich zaprosic. Niestety, przybysze szybko dowiaduja sie, ze sama integratorka jest „outsiderem”, i najczesciej szybko zrywaja z nia stosunki.„Na szczescie dla integratorki — pisze Gutman — w czasie gdy usiluje ona wprowadzic przybysza do spolecznosci, a ten z kolei ja opuszcza, do osiedla przybywaja nowi mieszkancy, do których integratorka znowu moze wyciagnac przyjazna reke.”Inni mieszkancy spolecznosci takze pomagaja przyspieszyc proces nawiazywania stosunków. I tak w toku wydarzen — pisze Gutman — „respondenci donosili, ze jeszcze przed objeciem domu w posiadanie agenci mieszkaniowi przedstawiali ich sasiadom. W niektórych przypadkach zony byly odwiedzane — indywidualnie lub grupowo — przez inne zony z sasiedztwa. Sasiadujace zony i mezowie spotykali sie przypadkowo przy pracy w ogródkach, sprzataniu podwórka i pilnowaniu dzieci. No i oczywiscie dochodzilo do spotkan spowodowanych przez dzieci, które czesto pierwsze nawiazywaly kontakty z innymi ludzmi w nowym srodowisku.”Istotna role odgrywaja równiez lokalne organizacje, które pomagaja jednostce szybko zintegrowac sie z nowa spolecznoscia. Prawdopodobnie w wiekszym stopniu dotyczy to wlascicieli domów w dzielnicach podmiejskich niz mieszkanców dzielnic mieszkaniowych. Koscioly, partie polityczne i organizacje kobiece ulatwiaja nawiazanie wielu stosunków miedzyludzkich, których potrzebuje nowo przybyly. Jak pisze Gutman: „czasem sasiad mówi przybyszowi o istnieniu jakiegos stowarzyszenia, a niekiedy nawet zabiera go ze soba na pierwsze zebranie. Jednakze nawet w tym przypadku do samego przybysza nalezy wyszukanie sobie odpowiadajacej mu mniejszej grupki ludzi w ramach takiego stowarzyszenia.”Swiadomosc, ze zadna przeprowadzka nie jest ostatnia, ze gdzies po drodze koczownicy beda musieli zabrac swój dobytek i wyjechac, dziala przeciw rozwijaniu stosunków, które byly wiecej niz modularne; oznacza to, ze jesli w ogóle znajomosci maja byc zawarte, to lepiej, zeby nastapilo to jak najszybciej.Podobnie jednak jak okres asymilacji, tak samo okres zrywania kontaktów przy opuszczaniu danej miejscowosci jest sciesniony w czasie. Dotyczy to szczególnie stosunków w zakresie uslug, które jako jednokierunkowe moga byc natychmiast nawiazywane i zrywane. „Przychodza i odchodza — mówi kierownik sklepu spozywczego w dzielnicy podmiejskiej. — Pewnego dnia nie spotykam ich, a potem dowiaduje sie, ze przeniesli sie do Dallas.” „Sprzedawcy detaliczni w Waszyngtonie rzadko maja okazje do nawiazania dluzszych, trwalych stosunków z klientami” — zauwaza autor artykulu w „Business Week”. „Stale nowe twarze” — mówi konduktor kolejki w New Haven.Nawet dzieci szybko zdaja sobie sprawe z przelotnosci wiezów miedzyludzkich. Dawna „niania” ustapila miejsca instytucji uslugowej „baby-sitter”, która za kazdym razem posyla kogo innego do pilnowania dziecka. Ta sama tendencja do skracania stosunków odzwierciedla sie w zanikaniu instytucji lekarzy rodzinnych. Dawny, oplakiwany lekarz rodzinny o wszechstronnej praktyce nie posiadal wydoskonalonego, waskiego doswiadczenia specjalisty, ale przynajmniej mial te przewage, ze mógl obserwowac tego samego pacjenta niemal od kolyski po grobowa deske. Dzisiejszy pacjent nie jest juz tak staly. Nie utrzymuje on dlugotrwalych kontaktów z jednym lekarzem, lecz biega tam i siam po róznego rodzaju specjalistach zmieniajac na dodatek wszystkie te stosunki przy przeprowadzce do innej miejscowosci. A nawet w przypadku jednej znajomosci, kontakty staja sie coraz krótsze. I tak autorzy raportu „Crestwood Heights” omawiajac kontakty miedzy specjalistami a laikami mówia o ich krótkotrwalosci. „Charakter tych kontaktów, bedacych z kolei funkcja pracowitego, pozbawionego wolnego czasu zycia, oznacza, ze kazda wiadomosc musi byc podana w skrótowej formie, i nie moze ich byc zbyt wiele…” Warto by bylo dokladniej zanalizowac, jaki wplyw na opieke zdrowotna wywiera ta fragmentarycznosc i skrócenie stosunków miedzy pacjentem a lekarzem.

PRZYJAZNIE PRZYSZLOSCI

Za kazdym razem, gdy rodzina przeprowadza sie, zrywa jednoczesnie pewna liczbe przyjazni, znajomosci. Ci, którzy pozostaja, w koncu zostaja za-pomnieni. Rozdzielenie nie konczy wszystkich stosunków. Utrzymujemy kontakty z jednym lub dwoma przyjaciólmi w dawnej miejscowosci, jestesmy równiez sklonni do utrzymywania sporadycznych kontaktów z krewnymi. Z kazda jednak kolejna przeprowadzka stosunki te ulegaja ograniczeniu. Na poczatku utrzymuje sie ozywiona wymiana korespondencji. Niekiedy zdarzaja sie wizyty i rozmowy telefoniczne. Stopniowo jednak ich czestotliwosc ulega zmniejszeniu. W koncu calkowicie ustaja. Typowy mieszkaniec angielskiej dzielnicy podmiejskiej powiedzial po opuszczeniu Londynu: „Z poczatku nie mozesz zapomniec tego miasta (Londynu). Przeciez mieszka tam cala twoja rodzina itp. Wciaz jeszcze mamy przyjaciól w Plumstead i Eltham. Wracamy tam na kazdy weekend. Niepodobna jednak utrzymywac tej sytuacji bez konca.”John Barth uchwycil istote przemijania przyjazni w powiesci The Floating Opera: „Nasi przyjaciele przyplywaja, staja sie nam bliscy, a potem odplywaja — slyszymy cos o nich od czasu do czasu albo calkowicie tracimy ich slad; przyplywaja z powrotem, musimy odnowic dawna przyjazn przystosowujac ja do nowych okolicznosci albo tez przekonujemy sie, ze juz nie rozumiemy sie wzajemnie.” Jedyna niescislosc tego obrazu tkwi w nie wypowiedzianej sugestii, ze prad unoszacy przyjaznie jest leniwy i krety. Prad ten jest dzisiaj coraz szybszy. Przyjazn coraz bardziej przypomina lódz szybko splywajaca po wodospadach przemian. Profesor Eli Ginzberg z Columbia University, specjalista od ruchliwosci sily roboczej, mówi: „Juz niedlugo wszyscy mieszkancy tego kraju beda ludzmi o mentalnosci wlasciwej dla metropolii — nie posiadajacymi trwalych zwiazków i nie angazujacymi sie w dlugotrwale kontakty z przyjaciólmi czy sasiadami.” W znakomitym artykule „Przyjaznie w przyszlosci” psycholog Courtney Tali sugeruje, ze „ze wzgledu na wysoka ruchliwosc ….

About grawitacja44

Niezalezny Instytut Badan Nad Otaczajaca Nas Rzeczywistoscia

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: